Usiadłam do pisania tego posta i aż mi głupio. Daaaawno tego nie robiłam i obawiam się, że wyszłam z wprawy. No ale poradzę sobie. I oprócz paru słów o pewnej nowości w mojej szafie, opowiem Wam o swoich przemyśleniach na temat łączenia pasji z pracą, o tym, nad czym intensywnie myślałam przez ostatnie 2 lata i czym to się (póki co) skończyło. No to bez przedłużania, przejdźmy do rzeczy.

Kamizelka (Szycie 5/2017)


Ci z Was, którzy śledzą mnie na Instagramie lub Facebooku, widzieli moje zachwyty nad magazynem "Szycie" 5/2017. Ja wprawdzie mam wersję niemieckojęzyczną, ale wygląda, że zawiera to samo. I aż mnie świeżbiło, żeby coś z niego uszyć. Po (naprawdę długich) przemyśleniach padło na kamizelę. Długą, pudełkową, z dużymi kieszeniami. W sumie fason reprezentował prawie wszystko, w czym mi nie powinno być dobrze, ale trzeba eksperymentować. Uznałam, że długość kamizelki powinna zrekompensować jej bezkształtność. W każdym razie kamizelka była wysoko na liście "do uszycia". Tylko nie mogłam się zdecydować na materiał. Miałam piękny kawałek tkaniny kostiumowej od AleTkaniny, nabyty wprawdzie na kamizelkę, ale w międzyczasie rozważałam kolejny eksperyment z marynarką (taki nowy fetysz). No ale jak poszłam do biura, gdzie temperatura przekracza 20 stopni (a ja to wolę jak jest poniżej), to nikt nie namówiłby mnie na kolejną marynarkę ;) Kamizelki chyba staną się moimi nowymi ubieraczami.

Bałam się wyboru rozmiaru. W Burdzie bez zastanowienie wzięłabym 40. Tu ostrożnie wybrałam 42. I jak widzicie pasuje zacnie. Wykrój był dobrze przygotowany i wszystkie elementy pasowały idealnie (chociaż przy tak nieskomplikowanym fasonie nie było to trudne). I potwierdziła się teoria, że praktyka czyni mistrza - po raz pierwszy w życiu uszyłam kołnierz bez stresu i kombinatorstwa. Po prostu usiadłam, zszyłam i było idealnie. A z tkaniną dobrze nam się współpracowało. Uwielbiam w niej fakt, że jest klasycznie szara, ale z wieloma kolorowymi nitkami widocznymi, gdy się przyjrzymy. Taki mój kompromis między klasyką i miłością do kolorów. A jak już uszyłam warstwę zewnętrzną, padło na wybór podszewki. Wszystkie zwykłe od razu odpadły z wyścigu i ostatecznie padło na jednorożce. Uwielbiam je :) (podszewkę kupiłam ok. 2 lata temu w Outlecie Tkanin na Czerniakowskiej w Warszawie)

Po zszyciu mocno rozważałam przytaliowanie całości, chociażby na szwach bocznych i tym środkowym na tyle. Ale sie powstrzymałam. Pewnie taliowana wyglądała by korzystniej, ale ten efekt oversize ma w sobie jakiś taki element fajności, że zostawiłam, jak jest. A Wy ja myślicie?

No i nauczka na przyszłość. Jedynymi podklejonymi elementami są odszycia i kołnierz. I bardzo żałuję, że nie zrobiłam tego na dolnej części przodów i tyłów. Wtedy dół wyglądałby dużo lepiej. I tak chyba myślę, że jeszcze rozpruję i poprawię dół. Miałam nadzieję, że porządne prasowanie załatwi sprawę, ale ma się to nijak do tego, jak pięknie prezentowało się to w podklejonej "po bożemu" marynarce z poprzedniego wpisu. Wystarczy pasek ok. 10 cm flizeliny na dole, wtedy dół jest pięknie obciążony i ustabilizowany i wygląda po prostu porządniej.

Podsumowanie:


Wykrój: Szycie 5/2017, #25
Rozmiar: 42
Materiał: tkanina kostiumowa z AleTkaniny, podszewka ze starych zapasów z outlettkanin.pl
Użyte maszyny: Elna 2800

Stylizacja


Kamizela - uszyłam sama
Koszula - Simple
Spodnie - Diverse
Naszyjniki - nie pamiętam :)
Buty - Girlhood
Pasek - Lee
Torebka - Guess

Co zrobić z życiem, czyli czy przekucie pasji w biznes jest dla mnie?


A teraz druga część wpisu. O tym, skąd u mnie taka nieobecność ostatnio. I po co mi nagle tyle eleganckich ciuchów. I jak to się stało, że jestem tu, gdzie jestem.

Jak wiecie, ok. 2 lata temu zostawiłam pracę, zapakowałam siebie, rodzinę, chałupę i przeprowadziłam się do Norwegii. Czyli do kraju mojego małżonka. Jako wielka fanka zmian wszelakich, byłam nieziemsko podekscytowana wszystkimi możliwościami, które się przede mną mogły otworzyć. I nieziemsko zestresowana (ale to inna historia). Dojście do siebie po przeprowadzce zajęło mi więcej czasu niż się spodziewałam. Ale wiedziałam, że pierwszym i najważniejszym punktem w procesie mojej adaptacji musiała być nauka języka. Bo wiecie, nigdy wcześniej (pomimo męża-Norwega) nie miałam w planach nauki norweskiego. Chcieliśmy mieszkać w Polsce i sprawa wydawała się bezsensownym wysiłkiem. No ale plan się rypnął i trzeba było się za to wziąć. Po niecałym roku od rozpoczęcia nauki zdałam egzamin z języka na przyzwoitym poziomie i mogłam się cieszyć świętym spokojem (taaa, jasne - wtedy się dopiero zaczęło).

Jestem jedną z osób ambitnych i dobrze wykształconych, niekomfortowo czujących się w sytuacji zależności od kogoś. Więc bardzo mnie męczył fakt, że byłam zdana na męża i że nie widziałam, co dalej. Bo niby opcji jest cała masa, ale wypadałoby je zawęzić do ilości dającej się ogarnąć. Od przeprowadzki świtał mi w głowie pomysł połączenia pasji (krawiectwa) z pracą. Cała masa motywujących w tym kierunku profili i grup na Fb nie pozwalała mi o tym zapomnieć. No ale jak krawiectwo, to co? Kursy, własna marka produkcyjna (a jak marka, to z czym), szycie na zamówienie... Znowu mnóstwo opcji. A żadnej tak w 100% nie czułam. Pod kopułą mi parowało, a ja nie mogłam wymyślić niczego, co byłoby MOJE. W międzyczasie zabrałam się za przeglądanie ogłoszeń o pracę. I poczułam, że w sumie przecież moja praca wcześniejsza (IT) sprawiała mi przyjemność. I byłam w tym całkiem nienajgorsza. To był impuls do delikatnego zabrania się za szukanie "zwykłej" pracy. Konieczność pisania aplikacji i rozmawiania na rozmowach po norewsku była niesamowicie stresująca. Ale powtarzałam sobie, że przecież oni wiedzą, że nie jestem stąd i że się staram, więc powinni rozumieć problem. A jak nie rozumieją, to niech mnie lepiej nie zatrudniają, bo i tak się nie dogadamy. A moje doświadczenie i kompetencje powinny się bronić. I tak pracę dostałam. W IT. I sprawia mi ten powrót niesamowitą przyjemność. No i nareszcie mam gdzie nosić te moje bluzki, marynarki i inne ciuchy, które smętnie wisiały w szafie ;)

A dlaczego nie chciałam nawet podjąć się przekuwania pasji w biznes, mimo naprawdę wielu zachęt z tym związanych? Bo pasja to hobby. Które jest mi potrzebne do normalnego funkcjonowania. Bałam się, że w takim układzie zmieni status z "hobby" na "obowiązek". A od obowiązku już niedaleka droga do znielubienia. A bardzo nie chciałam do tego dopuścić. I jak już wspomniałam, po prostu baaaardzo nie byłam przekonana do pomysłu. A w operację pt. "własny biznes" to trzeba wierzyć w 100%.
Podziwiam wszystkich tych, którzy potrafią to połączyć. Ale dla mnie opcja ucieczki od codziennych frustracji do szycia jest bezcenna. Zwłaszcza że mój "normalny" zawód jest naprawdę fajny, więc nie było się o co zabijać.

No i zrobiłam to swoje kółeczko, wracając do punktu wyjścia.

A co mi dały te 2 lata "przerwy"?

  • Przede wszystkim mogłam na spokojnie zastanowić się na tym, kim jestem, co lubię, w czym się sprawdzam i czego właściwie chcę. Bo wcześniej życie mnie niosło samo i nie było czasu na tego typu rozkminy.
  • Poza tym, zwolniłam. Wyszłam z kołowrotku: praca, dzieci, sen, praca, dzieci... na każdym polu z poczuciem "niedosytu". Wykorzystałam czas na bycie dla dzieci. Wszystkie przedstawienia w przedszkolu były moje. I żadne przeziębienie nie było problemem. A specjalne dni "wagarów" były otwartą opcją. Jestem niesamowicie wdzięczna za ten czas, kiedy mogłam się przyjrzeć rozwojowi dziewczynek, zamiast zapitalać z wywieszonym jęzorem. A wiem, że niewielu ma taką możliwość.
  • Mogłam pójść do pracy charytatywnej (do sklepu charytatywnego z używanymi rzeczami). Na początku była to recepta na wyjście do ludzi i podszkolenie języka. Ale ostatecznie stała się wspaniałą zabawą. I wspaniałymi zakupami (ale to przemilczmy :) ). No i poznałam ludzi, z jakimi w normalnych warunkach pewnie bym się nie zetknęła. A teraz, pomimo pracy na pełen etat, chodzę tam czasem pomóc. Więc mam nadzieję nie urwać kontaktu.
Ostatecznie mam wrażenie, że ten czas był w 100% wykorzystany (chociaż składek emerytalnych z tego nie było :) ). I nie żałuję go w ogóle.

A czy Wy też myślicie/myśleliście nad zrobieniem pracy z pasji? I czy odważylibyście się na takie wieloletnie wyłączenie się z życia zawodowego (zakładając, że z finansowego punktu widzenia nie musicie się specjalnie martwić)?


W związku z powyższym, nie obiecuję żadnego większego szaleństwa na blogu w najbliższym czasie. Teraz staram się  Będę szyć (wiadomo!) i będę publikować, ale za częstotliwość nie ręczę. Mam nadzieję, że mi wybaczycie i mimo wszystko będziecie zaglądać :)















Każdy, kto przez ostatnie miesiące zawitał do jakiegokolwiek centrum handlowego, wie, że w tym sezonie krata w wersji męskiej elegancji króluje wśród wszystkich trendów. Marynarki, garnitury, płaszcze - jest tego pełno. I powiem Wam, że ten trend jest również moim naukochańszym - dawno nie oszalałam na punkcie trendu tak bardzo, jak teraz. I jak tylko zobaczyłam tę tkaninę kostiumową u AleTkaniny od razu pomyślałam, że muszę mieć z niej marynarkę. A w przypływie ambicji doszłam, że dlaczego mam się ograniczać do marynarki. Garnitur trzeba uszyć! Jak pomyślałam, tak zrobiłam - jakoś fakt, że nigdy wcześniej nie uszyłam porządnej marynarki ani (tym bardziej) spodni, nie powstrzymał mnie. A jak tkanina do mnie dotarła, dotarła też do mnie wizja, na co się porwałam. No ale od początku...

Rozdział I: Jak uszyć marynarkę w kratę?


Po pierwsze, trzeba znaleźć dobry wykrój. Przez dobry rozumiem fason pasujący do sylwetki + nie za wiele cięć, przy których kratka wyglądałaby źle. I powiem Wam, że było to trudne zadanie. Przy mojej sylwetce muszę mieć marynarki wytaliowane (żeby nie zamienić się w bezkształtnego kloca) i zależało mi na marynarce dłuższej. Mam naprawdę duże zasoby Burd i innych gazet z wykrojami, ale dopiero w tych z lat '90 znalazłam to, czego szukałam. Niestety, większość nowych nie miało marynarek prawie w ogóle, a jak już miały, to ilość cięć było zbyt duża jak na ten wzór. Ostatecznie stanęło na wykroju z Burdy 4/98 (#103). Wprawdzie wiedziałam, że przednia, długa zaszewka pod kątem nie miała szansy wyglądać idealnie, ale pogodziłam się z tym.

Po drugie, trzeba hiperdokładnie wyciąć tkaninę, żeby kratka miała szanse się dopasować na szwach. Opcja wycinania ze złożonego materiału jest dość samobójcza, dlatego każdy element wycinałam pojedynczo, pilnując, żeby było dokładnie zgodnie ze wzorem na pozostałych elementach. Jednym słowem jest to zajęcie czasochłonne i wymagające cierpliwości.

Po trzecie, flizelina. Podkleiłam całe przody, odszycia, kołnierz oraz dolną część tyłu. Rozważałam też podklejenie rękawów, ale zrezygnowałam. Nie wiem, czy to dobrze, ale nie wydaje mi się, żeby było to niezbędne.

Po czwarte, fastryga. Wszystkie elementy sfastrygowałam, zanim zabrałam się za przyszywanie. Po pierwsze, żeby sprawdzić dopasowanie do sylwetki. A po drugie, żeby dopilnować dopasowania kratki. Polecam tę odrobinę dodatkowej pracy.

Po piąte, kieszenie. (To będzie malutka horror story - którą ci z Was, którzy śledzą mnie na fb czy instagramie, już znają) Wykrój z Burdy przewidywał duże, naszywane kieszenie z patkami. Patki odrzuciłam od razu, ale długo nie byłam przekonana, na jakie kieszenie się zdecydować. Ostatecznie stanęło na klasycznych, z dwoma wypustkami. Chociaż naszywane kusiły przez mniej roboty :D No ale trzeba być twardym i robić wszystko tak, żeby potem być zadowolonym. Przy przyszywaniu kieszeni poświęciłam naprawdę dużo uwagi, żeby było równo. Ale nie przewidziałam, że może i w pionie będą równiutko co do milimetra, to pieprznę się w usytuowaniu ich w równej odległości od brzegu. Dlatego powstała taka asymetryczna awangarda:


Po chwilowym napadzie wściekłości i próbowaniu wymyślić, jak sprawę zatuszować, pogodziłam się z faktem, że jeden przód po prostu trzeba zrobić od nowa. Ale jak ktoś z Was napisał mi na Facebooku, lepiej zrobić duży błąd i go naprawić po bożemu, niż mały i tuszować nieudolnie. W każdym razie zorganizowałam sobie trochę dodatkowej roboty, ale trudno - jak się jest sierotą, to trzeba za to płacić. 

Po szóste, podszewka. Kocham piękne podszewki! Nikt ich nie widzi, ale mnie tam cieszą. I tu wygrzebałam ze swoich zbiorów taką jedną, która czekała na swoją chwilę od 5 lat. Jest piękna! A żeby nie zużywać jej za bardzo, to rękawy są ze zwykłej, czarnej.

Po siódme, prasowanie. Marynarka nie ma szans wyglądać dobrze, gdy krawędzie nie są wyprasowane idealnie. Dlatego żelazko z pełną parą pracowało ciężko. (O rozprasowywaniu wszystkich szwów na bieżąco chyba nie muszę mówić...)

Po ostatnie, guziki. Nie planuję marynarki zapinać nigdy. No ale bez guzików było tak całkiem łyso. Rozważałam guzik jeden lub dwa - radziliście mi nawet na Facebooku, ale argumenty za dwoma bardziej do mnie przemówiły. Zrezygnowałam też z pomysłu naszywania małych guziczków na rękawach, bo nie zależało mi na bardzo formalnym wydźwięku tej marynarki.

No i po różnych bojach powstała marynarka. Jestem z niej niesamowicie dumna. I noszę w kółko - do jeansów i eleganckich spodni. W sumie pasuje mi prawie do wszystkiego. Dlatego muszę uszyć sobie jakąś jeszcze, żeby nie wyglądało, jakbym nie miała czego nosić :) Jeszcze rozważam wyprucie i wszycie raz jeszcze rękawów, bo nie wyglądają dokładnie tak, jak bym chciała. Ale to w "wolnej chwili".

Czy warto szyć taką marynarkę samemu, jak sieciówki się nimi zasypane? Jest to sporo pracy, nie da się ukryć. Ale fakt, że mamy wpływ na wybór tkaniny, fasonu i wykonanie jest bezcenny. I nawet nie wiecie, jaka jestem z siebie dumna :D Jakbym poszła do sklepu i kupiła, raczej nie doświadczyłabym tego uczucia ;)

Rozdział II: Jak uszyć spodnie w kratę?


Po uszyciu marynarki, potrzebowałam chwili, żeby dojść do siebie. No ale jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Bałam się, bo moje doświadczenie w szyciu spodni kończyło się na dresach i spodniach od piżamy. No ale...

Po pierwsze, wykrój. Tradycyjnie naszukałam się wykroju - głównie dlatego, że nie miałam pojęcia, czego właściwie poszukuję :D Stanęło na wykroju z Burdy 11/95 (#108). Przestudiowałam tabelkę z wymiarami (jak wspomniałam, moje doświadczenie w szyciu dopasowanych spodni wynosiło 0) i wyszło mi (optymistycznie), że potrzebuję rozmiaru 46. Po chwilowym załamaniu zabrałam się za powiększanie rozmiaru na arkuszu Burdy (no bo w Burdzie było tylko do 42). Narobiłam się jak dziki osioł, przygotowałam papierowy wykrój, wycięłam z tkaniny próbnej, zszyłam, przymierzyłam ... i utonęłam w nich. Więc pracowicie zmniejszyłam wykrój z powrotem do rozmiaru 40/42. Cieszę się, że produktywnie spędziłam czas :D Ale projekt testowy jest pomysłem najlepszym, na jaki mogłam wpaść.

Po drugie, wycinanie z tkaniny - podobnie jak przy marynarce, wycinałam pojedynczo i baaaardzo dokładnie.

Po trzecie, rozporek. Tego elementu się bałam. Z tego całego strachu zdecydowałam się na uproszczone wszywanie rozporka, opisane jako pierwsze w książce Łucznika "Proste i modne szycie". A jako że poszło hiperłatwo, następnym razem zrobię ten drugi, bardziej profesjonalny sposób.

Po czwarte, pasek. Pasek, jak wiadomo, należy podkleić. Ja użyłam takiej specjalnej, podwójnej taśmy do pasków, która spowodowała, że proces wszywania był bezbolesny.

I tyle. Spodnie uszyłam w jedno popołudnie, bez większych dramatów. Samą mnie to zaskoczyło. A portki okazały się wygodne i przyzwoicie dopasowane. Podoba mi się fakt, że mają tak wysoki stan. No i ta kratka... 
Za to zrezygnowałam z jakichkolwiek kieszeni. I tak nie używałabym ich do niczego, a bałam się, że spowodowałyby odznaczanie się pod materiałem wierzchnim. No i po prostu mi się nie chciało...


Podsumowanie


Ten garnitur to projekt z którego jestem niezmiernie dumna. Baardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Myślę, że najchętniej będę go nosić osobno - spodnie z jakimiś swetrami, a marynarkę z jeansami. Ale razem też dają radę :) 

Wykrój: Burda 4/98, #103 (marynarka), Burda 11/95, #108 (spodnie)
Rozmiar: 40 (marynarka), ok. 42 (spodnie)
Materiał: tkanina kostiumowa z AleTkaniny, podszewka poliestrowa ze starych zapasów
Użyte maszyny: Elna 2800, owerlok Singer 14SH754

Stylizacja:

Garnitur - uszyłam sama
Bluzka - Fretex (sh)
Buty - Ryłko
Naszyjnik długi - Solar
Naszyjnik krótszy - Fretex (sh)
Torebka - no name


Zdjęcia robione są w Drammen, czyli w największym mieście (oprócz Oslo) w naszej okolicy. A w centrum nad rzeką powstała nowa, piękna dzielnica, wokół starej fabryki papieru.























Mam niesamowitą słabość do stylu retro dla dzieci. Dla dorosłych też, ale dla dzieci szczególnie. W związku z tym szyję dziewczynkom różne takie odpały, które z praktycznością nie mają nic wspólnego, ale za to robią wrażenie. W tym duchu powstał nowy płaszczyk wełniany dla Hani. Chyba bardziej klasycznej formy nie mogłabym wymyślić - z grubej wełny, dłuższy i dwurzędowy. Hania wyrosła z poprzedniego płaszczyka, który uszyłam jej 2 lata temu, więc była w potrzebie. A ten po Hani przejęła Izula - i bardzo cieszy się z pojemności kieszeni, do których zmieści się WSZYSTKO i jeszcze trochę. I dziś prezentujemy oba wdzianka.

Tym razem (w przeciwieństwie do poprzedniego podejścia) skorzystałam po bożemu z wykroju (Burda 11/2013, #136, rozmiar 128). I nie żałuję. Wykrój jest idealny (dawno nie trafiłam na aż tak dobry wykrój w Burdzie). Nie wymagał absolutnie żadnych poprawek i jak widzicie, pasuje idealnie. Jest trochę miejsca na jakieś swetrzysko pod spodem (a to, jak wiadomo, wymóg podstawowy w naszym klimacie), ale nie wygląda na za duży. Uszyłam go z zachomikowanej grubej tkaniny wełnianej, którą miałam jedynie w ilości 1 mb i niestety zabrakło na spód kołnierza. Cóż... nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, więc po prostu wykorzystałam materiał użyty na podszewkę. No a podszewkę wybrałam na bogato - z jedwabiu. Niech dziecko zazna odrobiny luksusu :)

Wełnę szyło się tak sobie. Ponieważ jest dość gruba, maszyna mi marudziła na zgrubieniach. Ale jakoś się dogadałyśmy. Natomiast przerewelacyjnie wdawało mi się rękawy. Jednak takie tkaniny są do tej czynności stworzone :)

Największy problem miałam z guzikami. Nie jestem szczególną kolekcjonerką, więc mam ich niewiele (a jak już mam, to raczej w niewielkich ilościach). A tu potrzebowałam aż 10! Znalazłam 3 rodzaje, które z bidą by uszły i nawet na Facebooku radziliście mi, który z tych 3 byłby najlepszy (srebrny, brązowy bądź granatowy). Wygrał srebrny, ale doszłam, że ze złotawą podszewką to nie grałoby zbytnio. No i te srebrne były tandetnie plastikowe - i szkoda mi było rujnować piękny płaszczyk takim badziewiem. Marzyły mi się jasne, drewniane - i jeszcze na nie zapoluję. Ale nie znalazłam w sklepie (wiedzcie, że ja naprawdę mieszkam na zadupiu i sklepów tego typu w okolicy za bardzo nie ma), więc kupiłam różowe. I chyba nie jest źle. A jak znajdę drewniane, to wymienię :)

Po uszyciu płaszczyka wygrzebałam kawałek wełnianej chusty w kolorze miętowym i postanowiłam zrobić chustę pasującą do niego. Ucięłam do rozmiaru, który wydawał mi się odpowiedni dla dziecka. Wyciągnęłam trochę nitek na brzegach, żeby były fajne "frędzle" i przeszyłam wzdłuż renderką/coverlokiem, aby się zbyt nie siepało. Jednym słowem nie napracowałam się, ale efekt jest fajny. Niestety zapomniałam zrobić zdjęć bez chusty, więc kołnierz płaszcza prezentuję jedynie na zdjęciu na manekinie.

Jak Wam się podoba Haneczka wyjęta z lat '30 XX w.? I w którym z prezentowanych płaszczyków prędzej widzilibyście swoje dzieci? Bo u nas styl płaszczyków idealnie odpowiada temperamentowi moich dziewczyn. Styl obuwia również. Hani nie dało się odciągnąć od eleganckich sztybletów, a Izy od a'la glanów (po mamusi :D ). I płaszczyki tak samo - Hania ma super elegancki, a drugi mały zbój ma bardziej zawiadiacki :)

Zwiedzamy Norwegię

A zdjęcia zrobione są w miejscowości Hvitsten położonej nad Oslofjordem w pobliżu Drøbak. To moje największe odkrycie ostatnich miesięcy (zaraz obok Końca Świata, który pokazywałam TU). Hvitsten to malownicza mieścina z ok. 350 mieszkańcami. Znana jest z tego, że zamieszkiwało ją wielu malarzy (m.in. Edvard Munch), z przepięknego, drewnianego kościoła z 1903 roku oraz z 38 galionów z różnych statków ustawionych wdłuż szlaku spacerowego. Zwłaszcza te galiony robią wrażenie. Dziś na zdjęciach zobaczycie część z nich, część w najbliższym wpisie, ale jeszcze tam wrócę i pokażę Wam więcej - niestety teraz złapała nas burza i musieliśmy uciekać ;)





















OlderStories Home