O fastrydze słów kilka

Fastryga, czyli (ręczne) przyszywanie do siebie elementów rzadkim ściegiem, żeby się nie rozjechały w czasie szycia maszynowego. Szczerze mówiąc, bardzo nie lubię fastrygować i jeszcze niedawno robiłam absolutnie wszystko, żeby tego uniknąć. No bo najpierw trzeba znaleźć nitkę, potem ręcznie przeszyć, a na koniec, po maszynowym szyciu - wypruć. Oczywiście zawsze maszyną musiałam przejechać po fastrydze, co czyniło prucie wnerwiającym... Chcąc zaoszczędzić czas i  energię, spinałam części do zszycia szpilkami i jechałam z tym koksem. No i cóż, w większości przypadków kończyło się to pruciem i szyciem i pruciem i szyciem i masą nerwów. Jak szyłam córce kocyk z bawełny i polaru minky, prułam chyba z 5 razy, zanim przeprosiłam się z fastrygą. Niestety, zwłaszcza przy zszywaniu przynajmniej jednej warstwy materiału rozciągliwego, prawdopodobieństwo rozjechania się jest bliskie 100%. Może jak nabiorę wprawy, to będzie lepiej, ale na razie kapituluję.

Teraz fastryguję wszystko, gdzie zależy mi na dobrym dopasowaniu oraz to, co rozciągliwe. A  szycie jest dużo szybsze i dokładniejsze. No niestety, niektórych rzeczy się nie przeskoczy.

A żeby nie było, że tylko sobie tutaj marudzę, pokażę mój półgodzinny projekcik dla córy, który wymagał fastrygi i ręcznego przyszycia zatrzasek.\

Idą chłodne dni, więc odkrywszy, że Hania nie posiada żadnego szaliczka, szybko uszyłam z resztek taką oto chustkę:


Jest to śliczna bawełna w sówki podszyta mięsistą drapaną dresówką. A ponieważ nie znoszę rzepów (zwłaszcza w okolicy włosów i w praniu), wszyłam zatrzaski. Córa zadowolona :)


Pozdrawiam,
Magdiczka
NewerStories OlderStories Home