Przedstawiam Stefana - Owerlok Singer 14SH754 (i musztardową tunikę na nim uszytą)


Dziś będzie długo, bo zamierzam opowiedzieć Wam o:
- moim nowym nabytku - owerloku,
- mojej nowej musztardowej tunice,
- moim stanowisku pracy.
W sumie mogłabym to wszystko podzielić na 3 posty, ale co tam :) Zróbcie sobie kawkę i zapraszam do lektury.








Jak wiecie, w ubiegłym tygodniu stałam się szczęśliwą posiadaczką 4-nitkowego owerloka - Singer 14SH754. Kupiłam go (oczywiście) w Lidlu. Długo biłam się z myślami, czy zdecydować się na zakup. Po pierwsze, nigdy nic nie miałam do czynienia z owerlokami - nie szyłam na nich, nie widziałam "na żywo", nawet nie do końca byłam świadoma, do czego służą :) Po drugie, biorąc pod uwagę moją historię szyciową, nie byłam przekonana, czy rzeczywiście ta maszyna jest mi całkiem potrzebna. No i po przestudiowaniu dyskusji internetowych o owerlokach, myślałam, że może warto się wstrzymać, uzbierać więcej pieniędzy i kupić owerloka 5-nitkowego, który miałby ścieg drabinkowy, który jest zbawienny przy podkładaniu dzianin, żeby nie traciły na elastyczności. No ale moi kochani teściowie postanowili mi tego owerloka zasponsorować, więc wszystkie powyższe dylematy straciły na sile i w czwartek z samego rana mąż skoczył do Lidla i wrócił z pudłem :D

Pierwsza myśl po otwarciu pudła: "o cholera, jak ja mam się za to zabrać?!". Po pierwszym szoku chwyciłam za instrukcję, żeby przynajmniej mniej więcej zgłębić, co i jak. Wiedziałam, że nawlekanie nici jest zmorą i że warto po prostu nowe nici dowiązywać do tych już nawleczonych i przeciągać. Wprawdzie nici były już nawleczone, ale tak się poplątały na górze, że je wyjęłam i, z instrukcją pod ręką, ambitnie zabrałam za nawlekanie od zera. Jestem z siebie dumna, bo po pierwszej nieudanej próbie, udało się. Pierwszy ścieg - bajka! Byłam zaskoczona, jak szybko szyje - jakoś wyobrażałam sobie (biorąc pod uwagę, jak ślamazarnie idzie szycie zygzakiem), że przy takiej ilości nitek, przeplotów itd, będzie to trwać wieki. Ale nie! Nawet trzeba się orientować, bo zasuwa w całkiem przyzwoitym tempie :) Owerlok jest stosunkowo głośny, wydaje dźwięk zbliżony do traktora. Dla mnie jest przyjemny, więc nie marudzę :) Przy szyciu robi "syf", bo nożyk przycina materiał (tak ma być). 

Uradowana, że Stefek został uruchomiony, postanowiłam zrealizować na nim jakiś ciuszek (resztę instrukcji obiecałam sobie przeczytać innym razem). Padło na super żenująco łatwą tunikę z Papavero z musztardowej dresówki. Po pierwsze - marzył mi się taki wygodniczek. Po drugie, bałam się rzucać na coś trudniejszego, żeby potem nie płakać. I miałam rację :)

Szycie na owerloku to rzeczywiście trochę wyższy stopień wtajemniczenia. Trzeba uważać - bo oprócz szycia przycina toto brzeg (więc jak się za bardzo odpłynie myślami i zjedzie w bok, to nie ma zmiłuj ;)). No i jakoś nawet nie chcę sobie wyobrażać prucia ;) Na szczęście udało się bez prucia i większych zjazdów na bok. 




Zszyłam to, co miałam zszyć i zostały podwinięcia. Teraz wiem, dlaczego w wielu miejscach polecano zakup owerloka 5-nitkowego. Mistrzostwem świata byłaby możliwość przeszycia "przez środek" ściegiem drabinkowym. Bo na zwykłej maszynie po przeszyciu dzianiny zwykłym ściegiem prostym, straciłaby ona na elastyczności. 








Ale w szufladzie zalegała mi podwójna igła do dzianin, której jakoś bałam się użyć. Więc skoro ta tunika była i tak dziełem eksperymentalnym, postanowiłam iść na całość i wypróbować igłę podwójną. 

No i dało radę - a podwinięcia dołu, "dziur" na ręce i dekoltu są dość elastyczne (jest szansa, że tak szybko nić się tam nie zerwie).






Jednym słowem pierwsze koty za płoty. Myślę, że mogło wyjść lepiej, ale i tak z chęcią dziś tunikę na siebie włożyłam. Wybrałam na nią kolor musztardowy, bo fajnie wyglądałaby z dżinsami rurkami. Ale niestety - w niedzielę moje ukochane dżinsy spektakularnie strzeliły na tyłku :( Nie wiem, czy przytyłam, czy to po prostu zużycie materiału (wolę drugą opcję), ale chyba czas na zakup nowych.

Co do owerloka, po tym szyciu jestem pewna, że muszę go bliżej poznać. Teraz szyłam bardziej na oślep i wyczucie. Muszę pokombinować nad naprężeniami nitek, nad rozpoczęciem i zakończeniem ściegu i zgłębić wszystkie jego funkcje, możliwości, opcje zastosowań i oczywiście ograniczenia. Na razie jest fajnie i jestem bardzo zadowolona z zakupu :)



A na koniec pokażę Wam jeszcze moje szyciowe cztery kąty (jak już robiłam zdjęcia Stefka, to i reszta się załapała). Pracownię urządziłam sobie w jadalni (bo korzystaliśmy z niej maksymalnie raz na rok) - jak będzie trzeba, to zbiorę graty i będzie można przyjęcia robić. Stół mam rozłożony i wygodnie mieszczą się na nim Elna, Stefek, bałagan i jest jeszcze miejsce na krojenie kolejnych projektów.



Ostatnio też dostałam od męża komódkę na kółkach na tzw. pasmanterię:


I zapomniałam zrobić zdjęcia, ale jest jeszcze duuuży regał na materiały, uszytki i co tam jeszcze potrzebuję :)
Mam poczucie, że jestem farciarą, że mam aż taki komfort. A najlepsze jest to, że jak kończę szyć, to zamykam drzwi i tyle - nie muszę codziennie wszystkiego sprzątać. Niestety, ma to też swoje wady - czasem dobrze by było być do tego zmuszoną ;)

Pozdrawiam,
Magdiczka


NewerStories OlderStories Home