Tygrysek mój kochany


Wspominałam Wam jakiś czas temu o balu karnawałowym u Hani w przedszkolu i jak bardzo mi się nie chciało tworzyć stroju. No to, jak to zwykle bywa, gdy nam się nie chce, sprawę zostawiłam na ostatnią chwilę (inna sprawa, że choroby przewalające się przez nasz dom nie motywują mnie do niczego). W piątek (na dzień przed balem) dostałam grypy żołądkowej, ale nie było zmiłuj - kostium musiał powstać. Trochę po najmniejszej linii oporu powstał tygrysek - ze sprutych poszewek na poduszki. Uszka, muchę i ogonek pożyczyłam od siostry (która je kupiła kiedyś dla swojego dziecka). 


Spodenki skroiłam "na oko", w pasek wciągnęłam gumkę, a nogawki podwinęłam. A przy kamizelce niestety opuściły mnie siły, więc po skrojeniu (a jak - "na oko") i zszyciu, poddałam się z podłożeniami. Na szczęście misiek się nie siepał, więc nie było dramatu.

Jakość wykonania była niestety średnia i całkiem zadowolona nie jestem. Obiecuję, że za rok bardziej się przyłożę (obawiam się, że już pewnie nie uniknę księżniczki/wróżki). Ale Hania mimo wszystko była zachwycona i wyglądała bardzo uroczo. 


Pozdrawiam,
Magda
NewerStories OlderStories Home