Lans jest! Marynarka RISKa uszyta własnymi rękami


Witam Was moi Drodzy!

Muszę przyznać, że uwielbiam mieszkać w stolicy. Wprawdzie tłok, hałas i niestety także chamstwo są wszechobecne, ale chyba nigdzie nie ma takiej oferty ... wszystkiego, jak tu. Teatry, sklepy, koncerty, targi, ofery pracy... wszystkiego jest pełno. Na przykład firma Juki wczoraj zorganizowała przefantastyczne otwarte warsztaty szyciowe i jak mąż zaproponował, żebym poszła, a on zostanie z dziewczynkami, to tyle mnie widział. (nie, to nie jest post sponsorowany)



Plan zajęć wyglądał mniej więcej tak:


Udało mi się dopchać na warsztaty z RISKiem (nie wiem, jakim cudem, bo były zdecydowanie najbardziej oblegane) i uszyłam sobie marynarkę z ich form, oczywiście z szarej dresówki. Do wyboru była jeszcze sukienka, ale uznałam, że jej krój raczej nie będzie współpracować z moją sylwetką.


RISKa reprezentowały jedna z właścicielek i Pani Krawcowa, które na początku warsztatów uwijały się jak małe samochodziki i wszystkim uczestnikom kroiły formy do szycia. Muszę przyznać, że z tak porządnych wykrojów jeszcze nie szyłam. Wszystko do wszystkiego tak niesamowicie pasowało, że żadnych szpilek nie potrzebowałam - nawet do wszycia rękawów. Muszę przyznać, że chyba powinnam poświęcać więcej czasu na przygotowywanie wykrojów, wtedy życie (i szycie) byłoby zdecydowanie prostsze.



Miałam też przyjemność szyć na chyba jednej z bardziej zaawansowanych maszyn do szycia Juki. Zabijcie mnie, ale modelu sobie nie przypomnę - wiem, że była komputerowa i kilka razy musiałam poprosić o nawleczenie mi nitki, zanim sama zrozumiałam, jak to robić. Zmiany ściegów też wymagały małego szkolenia, podobnie jak każda inna zmiana ustawień. Na początku bardzo się na nią denerwowałam, bo w ogóle się nie dogadywałyśmy, ale wraz z upływem czasu, robiło się coraz przyjemniej. Jednakże nie jestem przekonana, czy zamieniłabym swoją Elnę na nią...

Przez większość szycia bardzo tęskniłam też za swoim Stefanem. Już wiem, dlaczego kocham mojego owerloka nad życie. Obrzucanie ściegiem owerlokowym na zwykłej maszynie po pierwsze trwa wieki, a po drugie jednak wygląda stosunkowo mało estetycznie. Człowiek jednak się przyzwyczaja do dobrego :) Nie zamierzam pruć tych wszystkich wykończeń i przerabiać owerlokiem (na głowę jeszcze nie upadłam), ale na pewno wyglądałoby to dużo lepiej.


zdjęcie z  profilu RISK made in Warsaw na Facebooku

Jestem zachwycona moim dniem szyciowym. Marynarka mi się podoba, chociaż, jak już wspominałam, nie jestem wielką fanką szarej dresówki. Jest fajnie skrojona i ładnie się układa. Do tego uratowała pewnie moje zdrowie, bo w czasie warsztatów zmieniła się temperatura na zewnątrz o ok. 10 stopni i dzięki nowemu uszytkowi nie zmarzłam w drodze do domu. A do tego, mogę pójść na miasto w oryginalnym RISKu (mam nawet metkę, żeby nie było) i będzie lans.



Maszyny oczywiście w loterii nie wygrałam, ale nie spodziewałam się innego rezultatu losowania.
A jakbyście chcieli, marynarka w oryginale prezentuje się TAK.

Przepraszam, że tak pieję z zachwytu, jakby mi za to płacili, ale naprawdę spędziłam fantastyczny dzień. Mam nadzieję na powtórkę :)

Pozdrawiam,

Magda

NewerStories OlderStories Home