Filc po raz pierwszy



Czas urlopów trwa, więc i my przygotowujemy się do naszego. Za jakiś czas całą naszą bandą wsiądziemy do samolotu i polecimy na wyczekiwany wypoczynek (a w samolocie spróbujemy utrzymać dziewczynki pod kontrolą). Lecimy tanimi liniami, w których restrykcje dotyczące bagażu podręcznego są dość wyśrubowane. Postanowiłam na szybko sklecić jakąś torbę wpisującą się w wymagane wymiary, a przy okazji dorobić i małą torebusię dla Hani (którą przed odprawą schowamy do torby-mamy).


Był to projekt w ogóle nie przemyślany. Wczoraj po położeniu dzieci spać, wypiłam sobie piwo i taka mnie energie dopadła, że na kilka godzin utknęłam przy maszynie. Najpierw po krótkim zastanowieniu, z czego uszyć torby, padło na zalegający w kącie filc. Kupiłam go już dość dawno temu i tak czekał, aż się odważę coś z niego uszyć. No i w końcu się doczekał. 



Z tego miejsca muszę z całego serca przeprosić moją maszynę za ten pomysł. Nie bez powodu się mówi, że filcu nie powinno się szyć na maszynach domowych. Po raz pierwszy (i drugi też) zdarzyło mi się, że igła utknęła w materiale - została wyrwana ze swojego umocowania. Niby igła wchodziła w filc jak w masło, ale ta jego mięsistość chyba za dobrze nie robiła. 



Wykroje zrobiłam sama. Torby zamykane są na wygrzebane w swoich zasobach zamki. A paski też powstały z resztek (jestem pod wrażenie, ile tego wszystkiego już nazbierałam). Torby nie mają żadnych kieszonek ani innych bajerów, proste kontenerki. Ciekawa jestem, jak dużo mogę tam napakować, zanim wszystko się rozleci ;) 




Pozdrawiam,

Magda
NewerStories OlderStories Home