Moje marzenie - sukienka a'la lata '50

Dzień dobry!

O tej sukience już pisałam z milion razy (chyba), powstawała w bólach długo i "zeżarła" mnóstwo tkaniny. Śledzący moje wypociny na Facebooku już wiedzą, że została skończona jakiś czas temu, a wczoraj została przetestowana w boju. Muszę powiedzieć, że ostatecznie jest tym, co sobie wymarzyłam :)

Mam fioła na punkcie mody lat '50 i '60. Te wydobywające kobiecość fasony od kiedy pamiętam powodowały u mnie przyspieszone bicie serca. I jednocześnie mocno rozszerzające się doły dobrze na mnie leżą. Od dłuższego czasu marzyła mi się sukienka "jak z lat '50", w stylu New Look Diora. Kilka lat temu nawet takie fasony były bardzo modne i było tego pełno w sklepach, ale byłam w ciąży i kupowanie kiecki "z talią" nie było najsprytniejszym pomysłem. Od kiedy szyję, ten pomysł chodził za mną. Jak wiecie, popełniłam już coś w tym stylu (O TUTAJ), ale teraz chciałam jeszcze bardziej wejść w ten klimat.A potrzeba posiadania sukienki na wesele przyjaciół utwierdziła mnie w przekonaniu, że już czas.


Przy okazji ostatniej wizyty w Outlecie tkanin zakupiłam kupon ponad 4 mb szarej tkaniny w białe listki i zabrałam się do "projektowania". Tkanina (nie mam pojęcie, co to jest) jest delikatnie śliska, lekka i trochę szeleszcząca.



Wiedziałam, że dół chcę z koła - ostatecznie zdecydowałam się jeszcze na kilka szerokich zakładek, żeby nadać trochę objętości. W związku z tym promień od czubka złożonej tkaniny do linii talii zrobiłam dwa razy większy niż powinien być (jakby nie było zakładek). Po naprawdę długich przemyśleniach, postanowiłam, że najlepszą długością dla takiej sukienki jest długość do kolana. Dłuższa wymagałaby szpilek przy każdej okazji, inaczej niemiłosiernie skracałaby sylwetkę. A krótsza już nie wpisywała mi się aż tak w stylistykę lat '50. Dolna część nie sprawiła (zgodnie z przewidywaniami) żadnych większych problemów.
Zastanawiałam się, co zrobić z podszewką na dole. Ostatecznie zrobiłam ją z półkola, co okazało się dobrym pomysłem. Jak się okazało, w tańcu przy minimalnych obrotach cała spódnica szła do góry, a przynajmniej podszewka zostawała i nie świeciłam niczym :) Do podszewki wszyłam też dwa rzędy miękkiego tiulu w kolorze soczystej limonki. Jestona sympatycznym akcentem kolorystycznym pojawiającym się od czasu do czasu, gdy się poruszam i delikatnie unosi sukienkę. Nie zdecydowałam się na sztywny tiul, bo po jednej próbie już wiem, że go nie lubię (straszliwie drapie). A aż tak hardcore'owego podniesienia nie potrzebowałam.


Natomiast nad górną częścią trochę się napociłam. Znalazłam jakiś wykrój i postanowiłam podejść do sprawy bardzo porządnie. Ostatnio miałam przyjemność uczestniczyć w koleżeńskich warsztatach o wykrojach - ich modyfikowaniu i dopasowywaniu - i uznałam, że to dobry moment na przećwiczenie nowych "umiejętności". Najpierw się pomierzyłam i wybrałam według tabelki z rozmiarówką odpowiedni (jak się okazało w ogóle nieodpowiedni) rozmiar. Potem wycięłam wykrój z tanich resztek innej tkaniny i go uszyłam, żeby zobaczyć, jak leży. Był to wór - kilka rozmiarów za duży. Pracowicie pozaznaczałam wszystkie "zadużości" i uszyłam jeszcze raz. Jak uznałam, że powinno być ok, przeniosłam poprawki na papierowy wykrój. Do tego zmodyfikowałam kształt dekoltu z przodu i z tyłu i wycięłam. Potem zachwycona swoją porządnością, wycięłam wykrój z właściwej tkaniny (z duszą na ramieniu, bo to już naprawdę były resztki tkaniny) i zabrałam się za szycie. Uszyłam, przymierzyłam, uznałam, że jest dobrze, więc powtórzyłam czynności przy podszewce. Wszyłam podszewkę, przyszyłam dół sukienki, dół podszewki i przymierzyłam. Myślałam, że zacznę płakać - ta góra dopasowywana w pocie czoła leżała fatalnie. To był późny wieczór, więc już sprawę odłożyłam. Na szczęście kolejnego dnia okazało się, że wymagane było skrócenie "ramiączek", co szybko naprawiłam (no dobra, przy wszytej podszewce i całej reszcie nie jest to takie szybkie, ale nie było dramatu).



Zostały tylko wykończenia, czyli zamek kryty z tyłu i podłożenie dołu. Wspominałam już o stopce do podwijania? To jest REWELACJA! Podłożenie tych kilometrów na szerokość 3mm zajęło dosłownie chwilę. A żeby dodać koloru, uszyłam limonkowo-zieloną szarfę do przewiązania w talii.

Jestem sukienką zachwycona. Czuję się w niej jak księżniczka, w tańcu zachowywała się cudnie. Myślę, że muszę to kiedyś powtórzyć - może w wersji bardziej codziennej?

Pozdrawiam!

Magda
NewerStories OlderStories Home