O sentymentach słów kilka

Sentymenty... kto z nas ich nie ma? Ile to razy przekładamy z kąta w kąt rzeczy, które przywołują bardziej lub mniej miłe wspomniania albo ludzi i które w ogóle nie wpisują się w naszą estetykę czy tryb życia? Albo ile razy zostawiamy sobie rzeczy, bo "zawsze się mogą jeszcze przydać"? A potem i tak zapominamy o ich istnieniu, jak już przychodzi czas, kiedy mogłyby się wykazać. I tak radośnie obrastamy sobie w zbieraninę RZECZY. Rzeczy niepotrzebnych, nieładnych, zabierających miejsce i doprawadzających nas do szału.

Od czasu do czasu przydarza nam się coś, co jest doskonałą okazją do oczyszczenia przestrzeni - PRZEPROWADZKA. Zależnie od układu, albo nam się rzeczywiście udaje pozbyć tego, co niepotrzebne, albo machamy rękę na te kilka dodatkowych kartonów, których zawartość znajduje miejsce w czeluściach nowych szaf i piwnic.

Powiem Wam tak. Pierwsze wyceny przeprowadzki, jakie dostałam od firm przeprowadzkowych, wywołały u mnie czkawkę ze śmiechu (to już był ten poziom abstrakcji). Kolejne były niższe, ale i tak wysokie. Jedyną szansą na zejście do przyzwoitych granic jest ograniczenie ilości rzeczy i zmieszczenie się do mniejszego samochodu. Co zamierzam uczynić! A przy okazji oczyścić swoją przestrzeń z gratów, które właściwie tylko doprowadzają mnie do irytacji. Wywalanie do tej pory szło mi całkiem nieźle (wyjechały już 4 pełne samochody rzeczy na śmietnik i jeszcze pół garażu zastawiona jest tym, co musi znaleźć nowy dom). Ale doszłam do mojej szafy i zaczyna mi się robić jakoś ... smutno.

Szyję już jakiś czas. Naprodukowałam niezliczone ilości bardziej i mniej udanych tworów. Mam pół szafy swojej, większość szaf dziewczynek i parę zabłąkanych kartonów rzeczy, które kiedyś były dla mnie wyczynami, nad którymi wylewałam pot i łzy i z których byłam dumna. Teraz stojąc u progu przeprowadzki, muszę zrobić porządną selekcję. I pojawiają się sentymenty.

Koniecznie potrzebuję Waszych rad i pomysłów, jak sobie radzicie z porządkami. Co robicie z rzeczami (Waszymi wytworami) średnio udanymi? Albo podniszczonymi? Albo za małymi/za dużymi? Albo niepasującymi? Albo niewygodnymi? .... itp itd.



Pomoc w ułożeniu sobie tego w głowie, pojawiła się wraz z pewną lekturą, na którą trafiłam przypadkiem. Jest to książka "Slow fashion. Modowa rewolucja" o tym, jak zrobić się na milion dolarów (no załóżmy), poprzez zrozumienie, że mniej znaczy więcej. Niby Asia nie pisze niczego odkrywczego, ale jednak bardzo bardzo motywuje do zmian w zarządzaniu swoją garderobą. A ja z łatwością przekładam jej teorie na wszystkie inne graty.

Ale do rzeczy. Z jednej strony czuję się bardzo zmotywowana do przeczyszczenia szafy i zostawienia tylko tego, co lubię i w czym uważam, że wyglądam nieźle. Metoda przeglądu szafy na zasadzie "czy ja bym to teraz kupiła?" jest genialna w swojej prostocie. Ale oznacza to, że cała masa moich tworków wyleci za okno. Trudno?

A co zrobić z za małymi ubrankami dziewczynek? Zostawić na pamiątkę? Oddać? Nie wiem... Niektóre są już tak zajechane, że śmietnik jest chyba najlepszym wyborem. Ale inne są jak nowe. Ciężko mi się będzie rozstawać z wytworami, z których byłam niezmiernie dumna (np. płaszczyk dla Izy z ubiegłego roku). A z drugiej strony, nie wiem, jak bardzo chciałabym zarosnąć "pamiątkami" (chyba nie za bardzo)? Może po prostu uznam, że niniejszy blog i zdjęcia na nim są wystarczającą pamiątką, a do rzeczy nie ma się co przywiązywać? Jak widzicie, nie jest łatwo.

Ale się rozgadałam... To teraz Wy :) Jak tam Wasze sentymenty?
I przy okazji, czy znacie jakieś miejsca, gdzie można oddać ubrania i sprzęty dla potrzebujących?


NewerStories OlderStories Home