Ni to bluza ni to kurtka


Z nowym rokiem, objedzona i rozleniwiona do granic możliwości, zabieram się za pokazywanie Wam zaległości grudniowych. Z tego, co widziałam na innych blogach, nie jestem w tej kwestii przesadnie oryginalna :)

Dziś bluza. Ale nie taka zwykła. Taka idealna dla mnie - i kształt ten, co trzeba, i kolor jaki trzeba, i grubość jaka trzeba... Dawno dawno temu, zaraz po przybyciu do Norwegii, jęczałam na Facebooku, że moja garderoba w ogóle nie przystaje do tutejszych warunków. Z jęczenia wyszła bardzo dobra rzecz - od utalentowanej koleżanki dostałam w prezencie wykrój na bluzę/kurtkę/kardigan, którą ona zaprojektowała (oryginał, jakbyście chcieli sobie nabyć, znajdziecie na stronie Kochamcieszycie). I już po miesiącu zabrałam się za jej uszycie.



Po analizie kolorystycznej, wiedziałam już, jakie kolory mi służą, więc nabyłam bordową, grubą, drapaną dresowkę. A do niej złoty zamek na bordowej taśmie. Zamek jest bardzo elegancki, może i za bardzo na bluzę, ale co tam.

Nie jestem dumna z wszycia zamka. Niestety za lenistwo i pośpiech się płaci. Nie chciało mi się podklejać taśmą flizelinową, więc niestety faluje. Będę pamiętać na przyszłość :)



Wykrój zmodyfikowałam poszerzając dolną część (żeby się rozszerzała w delikatną linię A). Mam dość sporą różnicę w obwodach talii i bioder, więc w tej sposób uniknęłam efektu potężnej kolumny. Pomimo pozbycia się kilku centymetrów w biodrach, bluzę uszyłam na wymiary sprzed schudnięcia. Teraz jest luźna, ale jakby mi się wróciło, to nie będzie problemu.




Czuję się w niej bardzo dobrze. A to dlatego, że jest idealna dla sylwetki gruszki. Pięknie buduje ramiona, odwracając uwagę od bioder. Magicznie poprawia proporcje :)
Do tego ma duże kieszenie, gdzie mieszczę wszystkie "niezbędne" chusteczki, cukierki, bibeloty, itd dla dziewczynek. I tego ładunku prawie nie widać z zewnątrz. No i pierwszorzędnie sprawdza się podczas podróży samolotem. Jest wygodna i ciepła, więc żadne przeciągi i przesiadki do autobusów nie są mi straszne. Używam jej też na dłuższe trasy samochodem, bo nie marznę na stacjach benzynowych i podczas innych "siusiu" przystanków.
A na koniec litanii zalet, bluza ma ogromny kaptur, więc mogę w zrozumiały sposób przekazać światu, że nie chcę mieć z nikim do czynienia w danym momencie (ok, moje dwa małe światy nie rozumieją aluzji).

Jednym słowem sprawiłam sobie świetną bluzę, która jest ciągle w użyciu.

A teraz o szyciu:

  • w użyciu był cover Janome, do podłożeń kieszeni i dołu. Niestety na zgrubieniach bardzo słabo sobie radził - przepuszczał ścieg i/lub zrywał nitkę. Nie wiem, czy ja nie potrafiłam go wyregulować, czy po prostu nie leżały mu 4 warstwy drapanej dresówki (podejrzewam, że oba powody po trochu)
  • pierdyknęłam się w zamku i wszyłam go ze złej strony. Teraz bluzę zapina się dziwne :) A na manekinie było dobrze... ;P
  • wszystko zostało zszyte do kupy 4-nitkowym owerlokiem, czyli szybko, łatwo i przyjemnie
  • maszyna do szycia służyła tylko do stębnowania po wierzchu wzdłuż zamka i oczywiście do wszycia zamków

I tyle :)

p.s. zdjęcia zostały zrobione po locie samolotem, więc wybaczcie zagniecenia.


NewerStories OlderStories Home