Pracownia idealna, czyli jak się urządzić


Własna pracownia. Jest to marzenie każdej szyjącej osoby. Jak ja znam to sprzątanie maszyny i rzeczy za każdym razem, gdy ktoś z rodziny chciał coś zjeść! A zapasy materiałów upychane były w różnych dziwnych miejscach. Od tamtej pory już kilkukrotnie urządzałam kolejne pomieszczenia zaanektowane na pracownię. A teraz, głównie przez przypadek, mam pracownię prawie idealną. Jeżeli zastanawiacie się nad urządzeniem lub przeorganizowaniem swojej, w tym poście (i kilku w przyszłości) podzielę się swoimi doświadczeniami, co się sprawdza, a co nie. Zapraszam na moją subiektywną opinię o tym, nad czym warto pomyśleć urządzając swój kącik.

Po pierwsze, stół




Nie wiem, jak Wy, ale ja szyjąc więcej czasu spędzam przy stole niż przy maszynie. Tworzenie wykrojów, cięcie tkanin, spinanie do szycia... sami wiecie. To wszystko robimy przy stole (alternatywnie na podłodze). Ja mam za sobą wyczyny na podłodze, przy stole z jadalni oraz przy konstrukcji, którą widzicie na zdjęciu.

Podłogi komentować za wiele nie będę. Oprócz dużej powierzchni, nie ma za wiele do zaoferowania :) Jest niewygodnie, wszystko boli, a szpilki walają się po całym domu. Za to przy byle jakim projekcie, każdy trener personalny byłby z nas dumny - ilość wykonanych przysiadów i skłonów wyrabia dzienną normę ćwiczeń fizycznych. Jednym słowem, jak możemy mieć stół, to go miejmy ;) A podłogę zostawmy na naprawdę wielkopowierzchniowe projekty.

Zwykły stół z jadalni jest lepszy. Zdecydowanie była to dla mnie zmiana ogromna. Zwłaszcza, że mogłam go sobie rozłożyć i mieć naprawdę sporą powierzchnię. Miał jednakowoż bardzo duży minus - wysokość. Niestety, stoły te są przystosowane do siedzenia przy nich, a nie do stania. Mój kręgosłup mnie za te poczynania znienawidził i często pojawiały się bóle w środkowej części kręgosłupa. Często dużo rzeczy robiłam siedząc przy nim, ale nie wszystko się dało tak "obejść". Poza tym czasem brakowało mi szerokości. Tak jak długość mogłam sobie dostosować, tak szerokość była stała (80 cm). No i zdarzało się, że krojony materiał zwisał ze stołu, ciągnął się i kroiłam nierówno.

Teraz, jak się przeprowadzaliśmy, ustalone było, że "mój stół" jednak ląduje w jadalni, a ja dostaję własny, duży pokój. To była idealna okazja na obmyślenie nowego rozwiązania na stół. Podpatrzyłam na Pintereście (chyba w którejś z inspiracji Adela Szyje) rozwiązanie, którego nie mogłam zapomnieć: dwie komody, a na nich blat. Dostałam komody w prezencie, a blat zamówiliśmy w Castoramie. Do blatu od spodu przykleiliśmy takie gumowe podkładki, które zapobiegają przesuwaniu się (nie chcieliśmy go przykręcać czy przyklejać, żeby nie zniszczyć komód). Stół ma 175 cm długości, 105 cm szerokości i 97 cm wysokości. Uwielbiam go! Nareszcie plecy nie bolą. Pracuję przecież rękami, a blat mam na ich wysokości. Stoły profesjonalne są chyba trochę wyższe, ale ja już wyższego nie potrzebuję.
O zaletach szuflad z dwóch stron wspominać nie muszę, prawda? ;)
Jeszcze po naszym przyjeździe do Norwegii, teściowa wygrzebała w składziku krzesło barowe, z którego często korzystam.

Podsumowując, najlepszym stołem do pracowni jest ten największy i najwyższy, jaki Wam się zmieści :)

Po drugie, oświetlenie




Tu nie ma nic odkrywczego. Jak nie chcecie sobie niszczyć wzroku, zadbajcie o jak najlepsze oświetlenie. Sama niedawno wymieniałam lampę, którą właściciele domu, w którym mieszkamy, zainstalowali. Bo mnie doprowadzała do szału - włączenie górnej lampy pomagało jedynie w zlokalizowaniu włączników do pozostałych lamp. Dawała zero światła. W tej chwili mam oświetlenie górne, lampkę przyczepioną do blatu stołu (na zdjęciu), na stole z maszynami mam 2 stare lampki nocne (mogłyby być wyższe, ale za to są bardzo jasne) i lampkę przy biurku (taką samą, jak przy dużym stole). Dzięki temu mam wszystkie miejsca pracy doświetlone w wystarczającym stopniu.

Duże okno też jest plusem. Moje jest duże, ale pod daszkiem, więc zacienione. Za to szyjąc doskonale wiem, co robią sąsiedzi ;) A jak się troszkę wychylę, widzę morze.

Po trzecie, maszyna (-y) i miejsce dla niej




Jak urzędowałam przy stole w jadalni, maszyna stała również na nim. Jakoś średnio mi to rozwiązanie odpowiadało, bo wokół maszyny zawsze było sporo bardziej i mniej potrzebnych rzeczy, które były przesuwane/ściągane przez materiały, które próbowałam pociąć. Może przyczyną było moje bałaganiarstwo (bardzo możliwe). Jak do maszyny dołączył owerlok, stanął po przeciwnej stronie stołu (tak, żeby miała go trochę jeszcze na krojenie). Ale przy trzeciej maszynie, zaplanowałam nowe rozwiązanie. W składziku z wyprzedażami Ikei wygrzebałam biały blat kuchenny, który usadziliśmy na 5 nóżkach (tych z Ikei o regulowanej wysokości). Nie jest to opcja optymalna, bo jak owerlok wchodzi w drgania, to wszystko lata. Pewnie, gdybym dodała szóstą nogę na środku z przodu, byłoby lepiej. Ale wtedy miałabym ją między nogami przy szyciu i obawiam się, że wkurzałaby mnie jeszcze bardziej niż drgania :)

Po czwarte, miejsce do przechowywania (i prasowania)





Kto szyje i nie kolekcjonuje tkanin? Nie znam takich za wiele :) Ja kolekcjonuję (na zdjęciu widzicie, dlaczego nałożyłam sobie ban na kupowanie nowych) i gdzieś to trzeba trzymać. Jak każdy kolekcjoner, lubię sobie patrzeć na swoje zdobycze. Od takiego gapienia się, często przychodzą mi nowe pomysły :) Dlatego nie za bardzo chciałam tkaniny chować do pudeł, zamykanych szaf czy innych ciemności. Expedit jest genialny dla moich potrzeb. Opracowałam metodę składania kuponów tak, że wszystko się pięknie prezentuje. W Polsce miałam to wszystko jeszcze pięknie podzielone na rodzaje materiałów, ale tutaj jeszcze do tego nie doszłam.

Oprócz tkanin, zarastamy w wszelkiej maści dodatki i pasmanterię. Większość mam w komódce na kółkach koło maszyny (igły, stopki, nici, tasiemki, zatrzaski, nożyczki, miarki, ...). Dzięki temu mam do nich łatwy dostęp podczas szycia. A drugą część szpargałów (np. zamki czy duże szpule nici) poukładałam w paru szufladach komód od stołu.

Marzy mi się organizer na nici powieszony na ścianie. Mąż nawet zabrał się za jego robienie. Ale warunki się zmieniły, dom nie jest nasz, zostaliśmy poproszeni o niewiercenie i niewbijanie gwoździ w ściany (mam na ten temat własne zdanie, ale co tam), więc temat organizera został przełożony na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Moje szyciowo-modowe książki zadomowiły się na półkach, które tu były wcześniej. Razem z radiem, wieżą i całą masą dziwnych rzeczy. Cieszy mnie, że mam je tutaj, a nie tam, gdzie wszystkie inne książki. Często służą mi za inspiracje i pomoc.

Burdy i inne gazety z wykrojami pokatalogowałam rocznikowo i umieściłam w kolorowych organizerach na regale z materiałami. Obok, w segregatorach, przechowuję już przygotowane szablony.

Początkowo chciałam deskę do prasowania wyciągać, jak jej potrzebowałam. Ale jak wiadomo, przy szyciu prasowania jest dużo, więc ostatecznie zadomowiła się przed regałem. Trochę utrudnia dostęp do szmatek, ale już nie przesadzajmy ;)

Po piąte, rodzina





Każda szyjąca mamuśka przyzna mi rację, że ciężko się zrelaksować przy szyciu wiedząc, że gdzieś po domu szaleją niedopilnowane dzieciory. Ja sobie ze sprawą poradziłam całkiem nieźle (tak, jestem bardzo dumna z pomysłu!). Pracownię mam 2 piętra poniżej pokoju dzieci. Więc wykorzystałam kącik za drzwiami pracowni (pod schodami) na miejsce do zabawy dla dziewczynek. Mają tu swoją kuchnię i miliard innych rzeczy. I jak ja szyję, one się bawią. Często przynoszą jakieś rysowanie do stoliczka przy kanapie i tak sobie razem pracujemy :)

Kanapa wykorzystywana jest również przez małżonka wieczorami. On sobie tam leży/siedzi i coś dłubie przy kompie, a ja szyję. Przy okazji możemy sobie pogadać. Niby każde robi swoje, ale razem. Fajne to jest :)

No i kanapa jest rozkładana, więc na okazje przyjazdów gości, pracownia zamienia się w pokój gościnny. Zapraszam oczywiście :)

Po szóste, estetyka

A w ogóle w naszej pracowni powinno nam się podobać :) Mi w mojej troszeczkę brakuje ozdób, ale jak już wspomniałam, wykorzystać mogłam tylko jeden gwóźdź, który tu był (wisi na nim drewniane serduszko). Więc żeby nie było tak pusto, ściana nad stołem stała się galerią dzieł moich dzieci. Dziewczynki są zachwycone :)



Uwielbiam to moje miejsce. Naprawdę nie sądziłam, że wyjdzie tak cudnie i praktycznie. Ale nie przyzwyczajam się, za parę lat pewnie znowu będę urządzać kolejną pracownię (mam nadzieję!).

Taka przestrzeń długo była moim marzeniem. Życzę Wam wszystkim, żeby Wasze marzenia o własnych metrach na tylko Wasz świat, się spełniły.

W kolejnych odcinkach tej serii opiszę Wam trochę gadżetów i sprzętów, które bardzo się u mnie sprawdzają. Oraz te, którymi nie warto sobie zawracać głowy.

Pozdrawiam Was ciepło z zimnej Północy!

Magda
NewerStories OlderStories Home