Taka zwykła bluza



Moje starsze dziecko ostatnio przeszło kolejny skok rozmiarowy i noszone do niedawna rzeczy trzeba było bez marudzenia odłożyć na kupkę "dla Izy na później". Efektem tego był totalny brak zwłaszcza bluz i swetrów. Bo spodnie jakoś uzupełniałam na bieżąco (głównie na akcjach w Lidlu), podobnie jak koszulki, a ze swetrami zrobiła się bida. Po przeprowadzce, kiedy drastycznie zaczęły spadać temperatury, okazało się, że Hania ma 3 swetry, z czego właściwie wszystkie są już ciasne. Dlatego popełniłam szybki projekt na ciepłą bluzę.

Tutaj się przyznaję bez bicia - to była jedyna bluza uszyta tej jesieni - od tamtej pory tylko udałam się do H&M, żeby biedne dziecko nie marzło. Co za wstyd!




Jak widzicie, bluza to nic specjalnego. Złapałam pierwszy z brzegu wykrój na bluzę (zabijcie mnie, ale nie pamiętam, jaki - pewnie któreś Ottobre), który przedłużyłam. A przy dekolcie zamiast ściągacza, zdecydowałam się na komin zapinany na dwa guziczki. Dzięki zapięciu na kominie, Hania może bluzę nosić na 3 sposoby: z kołnierzem, ze stójką albo z golfem/kominem. Czyli do przedszkola maszeruje zapięta, ile się da. A na miejscu rozpina i nie jest jej tak gorąco.



Bluza uszyta jest z tkaniny wełnianej w pepitkę (Hani jest w niej wyjątkowo ciepło). Tkanina się nie rozciąga, więc dbałam o to, żeby wykrój był odpowiednio luźny, a Hani było w tym wygodnie. A rękawy zrobiłam z czarnej dresówki. "Ściągacze" na dole i na rękawach uszyte są również z tego samej dresówki. I tyle... Proste jak konstrukcja cepa.



Bardzo lubię te bluzę. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu, że to wełna, Hanulka mi nie marznie. Poza tym pasuje do wszystkiego - i do leginsów, i do jeansów, i do spódnic. No i w ogóle wyszła dość stylowo :) Chyba muszę uszyć większą serię takich prostych projektów, żeby moje dzieci miały się w co ubrać.



O WEŁNIE SŁÓW KILKA

Zimno Wam? Mi też... Wiecie, co tutaj w Norwegii jest podstawowym surowcem, z czego szyją (i dziergają). Wełna! Wełniana jest bielizna, skarpetki, swetry, płaszcze,... Żadna bawełna. Ani tym bardziej akryle i inne dziadostwo. Tylko pierdyliard warstw głównie z wełny pozwala ludziom czuć się względnie komfortowo. I to nie muszą być grube rzeczy, chodzi o surowiec i o warstwy (między którymi jest powietrze). Alternatywą są tkaniny specjalistyczne, ale to inna bajka :)
A jak poznać, czy materiał, który mamy, jest wełniany? Podpalić kawałek - powinien pachnieć palonymi włosami i się nie topić. W sklepach z tkaninami takie akcje trzeba ustalić ze sprzedawcą ;) I nie, w sklepach z gotowymi ubraniami tego nie robimy :) Tam czytamy metki i niech nas wszystkich ręka boska broni przed kupowaniem swetrów akrylowych (serio - nie dość, że w nich marzniemy, to po praniu są wyjątkowo nieprzyjemne w dotyku). Dobrze by było, gdyby chociaż połowa składu była wełniana...

Życzę Wam (i sobie), żeby się w końcu zrobiło cieplej.

Magda


NewerStories OlderStories Home