Magdiczka na nowo - płaszcz (kupiony)


Pamiętacie moje zmagania z próbą uporządkowania (albo raczej - znalezienia) swojego stylu? (dla tych, co nie pamiętają, poprzednie posty znajdziecie TU oraz TU) No to czas na mały update.

Wiecie, co było dla mnie tzw. game changer? Określenie swojej palety kolorystycznej. Naprawdę, wiedząc, jakie są moje kolory, od razu zaczęłam wyglądać lepiej. Tak jakby promienniej. Jak już pisałam, jestem ciepłą jesienią. I najlepiej wyglądam w kolorach ciepłych (brązy, beże, zielenie,...). To w sumie niesamowite, jak dużo lepiej, niż na przykład w szarościach... Teraz już nawet mój mąż pokazuje mi na zakupach, gdzie są "moje" kolory - żebym nie szukała nigdzie indziej. Zatem bardzo Wam polecam to ćwiczenie i określenie swojej palety.
A może już znacie swoje pory roku? Czy w ogóle ignorujecie tę sprawę i nosicie to, co Wam się podoba?

Oprócz kolorów, orientuję się mniej więcej w dobrych fasonach. I tak w skrócie:

  • Ubrania dla mnie powinny mieć jakoś zaznaczoną talię. Z tego, co zauważyłam, nawet swetry oversize nie są złe, jeżeli są ładnie skrojone. Bo mimo wszystko układają się tak, że tę talię widać. Dla mnie najgorszą opcją jest trapezowy fason. Wtedy staję się porządnych rozmiarów, bezkształtną bryłą...
  • Coś się powinno dziać w okolicy ramion. 
  • Dekolt nie może być za mały (żeby wydłużać optycznie krótką szyję). 
  • Swetry i bluzki mają się kończyć poniżej linii bioder albo gdzieś w okolicy pasa  - aby nie podkreślać szerokich bioder jeszcze dodatkową linią horyzontalną. Idealne są dłuższe, rozpinane kardigany o długości do połowy uda. A do spódnic i sukienek, swetry do talii
  • Spódnice lepsze są rozkloszowane (bez marszczeń w pasie) niż wąskie. A jeżeli wąskie, to proste, nie zwężające się ku dołowi.
  • Spodnie ciemne, najlepiej proste.
Uzbrojona w powyższą wiedzę, dużo łatwiej mi robić zakupy (tak, ostatnio pozwoliłam sobie na trochę zakupów, bo jakby miała szyć, to do świętego nigdy nie miałabym się w co ubrać). A moja szafa po prostu zaczęła mi się podobać.



No ale ja nie o tym. Od kiedy zrobiło się chłodniej, marzył mi się wełniany i elegancki zimowy płaszcz. Jeden wełniany płaszcz wprawdzie czeka na uszycie (a ja trochę chcę, ale się boję), ale moja wełna jest dość cienka, więc raczej będzie bardziej na wczesną wiosnę, niż na zimę. No ale wełniany płaszcz nie jest artykułem pierwszej potrzeby, więc bez ciśnienia przeglądałam portale czy sklepy. A ponieważ nic mnie nie zachwycało, niczego nie kupowałam.

Swoją drogą, na Zalando dziwy nad dziwami (mam nadzieję, że dojrzycie na zdjęciu):


Ale ostatnio, podczas spaceru po pobliskiej miejscowości, weszliśmy do lokalnego sklepu z ciuchami popatrzyć (i może się poinspirować). I tam wisiał ON. Zgodnie stwierdziliśmy, że i kolor i fason są w 100% moje. Po czym spojrzeliśmy na metkę ... i grzecznie odwiesiliśmy płaszcz na miejsce. Takiego budżetu to ja nie mam ;) Aż się okazało, że cały wieszak, na którym wisiał płaszcz, jest przeceniony o 70%. Co już było do łyknięcia. I dostałam płaszcz od małżonka :) Jestem nim zachwycona. Mężu zaproponował założenie go już w sklepie, więc się polansowałam po wiosce w wełnianym płaszczu. A przy okazji zrobiłam poniższe zdjęcia.



Aha, skład materiału, z którego został uszyty to dwa rodzaje wełny (w sumie ok 80%), a reszta to sztuczności. A podszewka jest wiskozowa.


Trzymajcie kciuki za uszycie kolejnego ;) Będzie zabawa! Chociaż poprzeczka wisi wysoko. Boję się, że spartolę...

Pozdrawiam ciepło,
Magda
NewerStories OlderStories Home