Trochę retro


Mam niesamowitą słabość do stylu retro dla dzieci. Dla dorosłych też, ale dla dzieci szczególnie. W związku z tym szyję dziewczynkom różne takie odpały, które z praktycznością nie mają nic wspólnego, ale za to robią wrażenie. W tym duchu powstał nowy płaszczyk wełniany dla Hani. Chyba bardziej klasycznej formy nie mogłabym wymyślić - z grubej wełny, dłuższy i dwurzędowy. Hania wyrosła z poprzedniego płaszczyka, który uszyłam jej 2 lata temu, więc była w potrzebie. A ten po Hani przejęła Izula - i bardzo cieszy się z pojemności kieszeni, do których zmieści się WSZYSTKO i jeszcze trochę. I dziś prezentujemy oba wdzianka.

Tym razem (w przeciwieństwie do poprzedniego podejścia) skorzystałam po bożemu z wykroju (Burda 11/2013, #136, rozmiar 128). I nie żałuję. Wykrój jest idealny (dawno nie trafiłam na aż tak dobry wykrój w Burdzie). Nie wymagał absolutnie żadnych poprawek i jak widzicie, pasuje idealnie. Jest trochę miejsca na jakieś swetrzysko pod spodem (a to, jak wiadomo, wymóg podstawowy w naszym klimacie), ale nie wygląda na za duży. Uszyłam go z zachomikowanej grubej tkaniny wełnianej, którą miałam jedynie w ilości 1 mb i niestety zabrakło na spód kołnierza. Cóż... nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, więc po prostu wykorzystałam materiał użyty na podszewkę. No a podszewkę wybrałam na bogato - z jedwabiu. Niech dziecko zazna odrobiny luksusu :)

Wełnę szyło się tak sobie. Ponieważ jest dość gruba, maszyna mi marudziła na zgrubieniach. Ale jakoś się dogadałyśmy. Natomiast przerewelacyjnie wdawało mi się rękawy. Jednak takie tkaniny są do tej czynności stworzone :)

Największy problem miałam z guzikami. Nie jestem szczególną kolekcjonerką, więc mam ich niewiele (a jak już mam, to raczej w niewielkich ilościach). A tu potrzebowałam aż 10! Znalazłam 3 rodzaje, które z bidą by uszły i nawet na Facebooku radziliście mi, który z tych 3 byłby najlepszy (srebrny, brązowy bądź granatowy). Wygrał srebrny, ale doszłam, że ze złotawą podszewką to nie grałoby zbytnio. No i te srebrne były tandetnie plastikowe - i szkoda mi było rujnować piękny płaszczyk takim badziewiem. Marzyły mi się jasne, drewniane - i jeszcze na nie zapoluję. Ale nie znalazłam w sklepie (wiedzcie, że ja naprawdę mieszkam na zadupiu i sklepów tego typu w okolicy za bardzo nie ma), więc kupiłam różowe. I chyba nie jest źle. A jak znajdę drewniane, to wymienię :)

Po uszyciu płaszczyka wygrzebałam kawałek wełnianej chusty w kolorze miętowym i postanowiłam zrobić chustę pasującą do niego. Ucięłam do rozmiaru, który wydawał mi się odpowiedni dla dziecka. Wyciągnęłam trochę nitek na brzegach, żeby były fajne "frędzle" i przeszyłam wzdłuż renderką/coverlokiem, aby się zbyt nie siepało. Jednym słowem nie napracowałam się, ale efekt jest fajny. Niestety zapomniałam zrobić zdjęć bez chusty, więc kołnierz płaszcza prezentuję jedynie na zdjęciu na manekinie.

Jak Wam się podoba Haneczka wyjęta z lat '30 XX w.? I w którym z prezentowanych płaszczyków prędzej widzilibyście swoje dzieci? Bo u nas styl płaszczyków idealnie odpowiada temperamentowi moich dziewczyn. Styl obuwia również. Hani nie dało się odciągnąć od eleganckich sztybletów, a Izy od a'la glanów (po mamusi :D ). I płaszczyki tak samo - Hania ma super elegancki, a drugi mały zbój ma bardziej zawiadiacki :)

Zwiedzamy Norwegię

A zdjęcia zrobione są w miejscowości Hvitsten położonej nad Oslofjordem w pobliżu Drøbak. To moje największe odkrycie ostatnich miesięcy (zaraz obok Końca Świata, który pokazywałam TU). Hvitsten to malownicza mieścina z ok. 350 mieszkańcami. Znana jest z tego, że zamieszkiwało ją wielu malarzy (m.in. Edvard Munch), z przepięknego, drewnianego kościoła z 1903 roku oraz z 38 galionów z różnych statków ustawionych wdłuż szlaku spacerowego. Zwłaszcza te galiony robią wrażenie. Dziś na zdjęciach zobaczycie część z nich, część w najbliższym wpisie, ale jeszcze tam wrócę i pokażę Wam więcej - niestety teraz złapała nas burza i musieliśmy uciekać ;)





















OlderStories Home