Power dressing


Każdy, kto przez ostatnie miesiące zawitał do jakiegokolwiek centrum handlowego, wie, że w tym sezonie krata w wersji męskiej elegancji króluje wśród wszystkich trendów. Marynarki, garnitury, płaszcze - jest tego pełno. I powiem Wam, że ten trend jest również moim naukochańszym - dawno nie oszalałam na punkcie trendu tak bardzo, jak teraz. I jak tylko zobaczyłam tę tkaninę kostiumową u AleTkaniny od razu pomyślałam, że muszę mieć z niej marynarkę. A w przypływie ambicji doszłam, że dlaczego mam się ograniczać do marynarki. Garnitur trzeba uszyć! Jak pomyślałam, tak zrobiłam - jakoś fakt, że nigdy wcześniej nie uszyłam porządnej marynarki ani (tym bardziej) spodni, nie powstrzymał mnie. A jak tkanina do mnie dotarła, dotarła też do mnie wizja, na co się porwałam. No ale od początku...

Rozdział I: Jak uszyć marynarkę w kratę?


Po pierwsze, trzeba znaleźć dobry wykrój. Przez dobry rozumiem fason pasujący do sylwetki + nie za wiele cięć, przy których kratka wyglądałaby źle. I powiem Wam, że było to trudne zadanie. Przy mojej sylwetce muszę mieć marynarki wytaliowane (żeby nie zamienić się w bezkształtnego kloca) i zależało mi na marynarce dłuższej. Mam naprawdę duże zasoby Burd i innych gazet z wykrojami, ale dopiero w tych z lat '90 znalazłam to, czego szukałam. Niestety, większość nowych nie miało marynarek prawie w ogóle, a jak już miały, to ilość cięć było zbyt duża jak na ten wzór. Ostatecznie stanęło na wykroju z Burdy 4/98 (#103). Wprawdzie wiedziałam, że przednia, długa zaszewka pod kątem nie miała szansy wyglądać idealnie, ale pogodziłam się z tym.

Po drugie, trzeba hiperdokładnie wyciąć tkaninę, żeby kratka miała szanse się dopasować na szwach. Opcja wycinania ze złożonego materiału jest dość samobójcza, dlatego każdy element wycinałam pojedynczo, pilnując, żeby było dokładnie zgodnie ze wzorem na pozostałych elementach. Jednym słowem jest to zajęcie czasochłonne i wymagające cierpliwości.

Po trzecie, flizelina. Podkleiłam całe przody, odszycia, kołnierz oraz dolną część tyłu. Rozważałam też podklejenie rękawów, ale zrezygnowałam. Nie wiem, czy to dobrze, ale nie wydaje mi się, żeby było to niezbędne.

Po czwarte, fastryga. Wszystkie elementy sfastrygowałam, zanim zabrałam się za przyszywanie. Po pierwsze, żeby sprawdzić dopasowanie do sylwetki. A po drugie, żeby dopilnować dopasowania kratki. Polecam tę odrobinę dodatkowej pracy.

Po piąte, kieszenie. (To będzie malutka horror story - którą ci z Was, którzy śledzą mnie na fb czy instagramie, już znają) Wykrój z Burdy przewidywał duże, naszywane kieszenie z patkami. Patki odrzuciłam od razu, ale długo nie byłam przekonana, na jakie kieszenie się zdecydować. Ostatecznie stanęło na klasycznych, z dwoma wypustkami. Chociaż naszywane kusiły przez mniej roboty :D No ale trzeba być twardym i robić wszystko tak, żeby potem być zadowolonym. Przy przyszywaniu kieszeni poświęciłam naprawdę dużo uwagi, żeby było równo. Ale nie przewidziałam, że może i w pionie będą równiutko co do milimetra, to pieprznę się w usytuowaniu ich w równej odległości od brzegu. Dlatego powstała taka asymetryczna awangarda:


Po chwilowym napadzie wściekłości i próbowaniu wymyślić, jak sprawę zatuszować, pogodziłam się z faktem, że jeden przód po prostu trzeba zrobić od nowa. Ale jak ktoś z Was napisał mi na Facebooku, lepiej zrobić duży błąd i go naprawić po bożemu, niż mały i tuszować nieudolnie. W każdym razie zorganizowałam sobie trochę dodatkowej roboty, ale trudno - jak się jest sierotą, to trzeba za to płacić. 

Po szóste, podszewka. Kocham piękne podszewki! Nikt ich nie widzi, ale mnie tam cieszą. I tu wygrzebałam ze swoich zbiorów taką jedną, która czekała na swoją chwilę od 5 lat. Jest piękna! A żeby nie zużywać jej za bardzo, to rękawy są ze zwykłej, czarnej.

Po siódme, prasowanie. Marynarka nie ma szans wyglądać dobrze, gdy krawędzie nie są wyprasowane idealnie. Dlatego żelazko z pełną parą pracowało ciężko. (O rozprasowywaniu wszystkich szwów na bieżąco chyba nie muszę mówić...)

Po ostatnie, guziki. Nie planuję marynarki zapinać nigdy. No ale bez guzików było tak całkiem łyso. Rozważałam guzik jeden lub dwa - radziliście mi nawet na Facebooku, ale argumenty za dwoma bardziej do mnie przemówiły. Zrezygnowałam też z pomysłu naszywania małych guziczków na rękawach, bo nie zależało mi na bardzo formalnym wydźwięku tej marynarki.

No i po różnych bojach powstała marynarka. Jestem z niej niesamowicie dumna. I noszę w kółko - do jeansów i eleganckich spodni. W sumie pasuje mi prawie do wszystkiego. Dlatego muszę uszyć sobie jakąś jeszcze, żeby nie wyglądało, jakbym nie miała czego nosić :) Jeszcze rozważam wyprucie i wszycie raz jeszcze rękawów, bo nie wyglądają dokładnie tak, jak bym chciała. Ale to w "wolnej chwili".

Czy warto szyć taką marynarkę samemu, jak sieciówki się nimi zasypane? Jest to sporo pracy, nie da się ukryć. Ale fakt, że mamy wpływ na wybór tkaniny, fasonu i wykonanie jest bezcenny. I nawet nie wiecie, jaka jestem z siebie dumna :D Jakbym poszła do sklepu i kupiła, raczej nie doświadczyłabym tego uczucia ;)

Rozdział II: Jak uszyć spodnie w kratę?


Po uszyciu marynarki, potrzebowałam chwili, żeby dojść do siebie. No ale jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Bałam się, bo moje doświadczenie w szyciu spodni kończyło się na dresach i spodniach od piżamy. No ale...

Po pierwsze, wykrój. Tradycyjnie naszukałam się wykroju - głównie dlatego, że nie miałam pojęcia, czego właściwie poszukuję :D Stanęło na wykroju z Burdy 11/95 (#108). Przestudiowałam tabelkę z wymiarami (jak wspomniałam, moje doświadczenie w szyciu dopasowanych spodni wynosiło 0) i wyszło mi (optymistycznie), że potrzebuję rozmiaru 46. Po chwilowym załamaniu zabrałam się za powiększanie rozmiaru na arkuszu Burdy (no bo w Burdzie było tylko do 42). Narobiłam się jak dziki osioł, przygotowałam papierowy wykrój, wycięłam z tkaniny próbnej, zszyłam, przymierzyłam ... i utonęłam w nich. Więc pracowicie zmniejszyłam wykrój z powrotem do rozmiaru 40/42. Cieszę się, że produktywnie spędziłam czas :D Ale projekt testowy jest pomysłem najlepszym, na jaki mogłam wpaść.

Po drugie, wycinanie z tkaniny - podobnie jak przy marynarce, wycinałam pojedynczo i baaaardzo dokładnie.

Po trzecie, rozporek. Tego elementu się bałam. Z tego całego strachu zdecydowałam się na uproszczone wszywanie rozporka, opisane jako pierwsze w książce Łucznika "Proste i modne szycie". A jako że poszło hiperłatwo, następnym razem zrobię ten drugi, bardziej profesjonalny sposób.

Po czwarte, pasek. Pasek, jak wiadomo, należy podkleić. Ja użyłam takiej specjalnej, podwójnej taśmy do pasków, która spowodowała, że proces wszywania był bezbolesny.

I tyle. Spodnie uszyłam w jedno popołudnie, bez większych dramatów. Samą mnie to zaskoczyło. A portki okazały się wygodne i przyzwoicie dopasowane. Podoba mi się fakt, że mają tak wysoki stan. No i ta kratka... 
Za to zrezygnowałam z jakichkolwiek kieszeni. I tak nie używałabym ich do niczego, a bałam się, że spowodowałyby odznaczanie się pod materiałem wierzchnim. No i po prostu mi się nie chciało...


Podsumowanie


Ten garnitur to projekt z którego jestem niezmiernie dumna. Baardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Myślę, że najchętniej będę go nosić osobno - spodnie z jakimiś swetrami, a marynarkę z jeansami. Ale razem też dają radę :) 

Wykrój: Burda 4/98, #103 (marynarka), Burda 11/95, #108 (spodnie)
Rozmiar: 40 (marynarka), ok. 42 (spodnie)
Materiał: tkanina kostiumowa z AleTkaniny, podszewka poliestrowa ze starych zapasów
Użyte maszyny: Elna 2800, owerlok Singer 14SH754

Stylizacja:

Garnitur - uszyłam sama
Bluzka - Fretex (sh)
Buty - Ryłko
Naszyjnik długi - Solar
Naszyjnik krótszy - Fretex (sh)
Torebka - no name


Zdjęcia robione są w Drammen, czyli w największym mieście (oprócz Oslo) w naszej okolicy. A w centrum nad rzeką powstała nowa, piękna dzielnica, wokół starej fabryki papieru.






















NewerStories OlderStories Home