Odrobina magii - bajka o jednorożcach


Usiadłam do pisania tego posta i aż mi głupio. Daaaawno tego nie robiłam i obawiam się, że wyszłam z wprawy. No ale poradzę sobie. I oprócz paru słów o pewnej nowości w mojej szafie, opowiem Wam o swoich przemyśleniach na temat łączenia pasji z pracą, o tym, nad czym intensywnie myślałam przez ostatnie 2 lata i czym to się (póki co) skończyło. No to bez przedłużania, przejdźmy do rzeczy.

Kamizelka (Szycie 5/2017)


Ci z Was, którzy śledzą mnie na Instagramie lub Facebooku, widzieli moje zachwyty nad magazynem "Szycie" 5/2017. Ja wprawdzie mam wersję niemieckojęzyczną, ale wygląda, że zawiera to samo. I aż mnie świeżbiło, żeby coś z niego uszyć. Po (naprawdę długich) przemyśleniach padło na kamizelę. Długą, pudełkową, z dużymi kieszeniami. W sumie fason reprezentował prawie wszystko, w czym mi nie powinno być dobrze, ale trzeba eksperymentować. Uznałam, że długość kamizelki powinna zrekompensować jej bezkształtność. W każdym razie kamizelka była wysoko na liście "do uszycia". Tylko nie mogłam się zdecydować na materiał. Miałam piękny kawałek tkaniny kostiumowej od AleTkaniny, nabyty wprawdzie na kamizelkę, ale w międzyczasie rozważałam kolejny eksperyment z marynarką (taki nowy fetysz). No ale jak poszłam do biura, gdzie temperatura przekracza 20 stopni (a ja to wolę jak jest poniżej), to nikt nie namówiłby mnie na kolejną marynarkę ;) Kamizelki chyba staną się moimi nowymi ubieraczami.

Bałam się wyboru rozmiaru. W Burdzie bez zastanowienie wzięłabym 40. Tu ostrożnie wybrałam 42. I jak widzicie pasuje zacnie. Wykrój był dobrze przygotowany i wszystkie elementy pasowały idealnie (chociaż przy tak nieskomplikowanym fasonie nie było to trudne). I potwierdziła się teoria, że praktyka czyni mistrza - po raz pierwszy w życiu uszyłam kołnierz bez stresu i kombinatorstwa. Po prostu usiadłam, zszyłam i było idealnie. A z tkaniną dobrze nam się współpracowało. Uwielbiam w niej fakt, że jest klasycznie szara, ale z wieloma kolorowymi nitkami widocznymi, gdy się przyjrzymy. Taki mój kompromis między klasyką i miłością do kolorów. A jak już uszyłam warstwę zewnętrzną, padło na wybór podszewki. Wszystkie zwykłe od razu odpadły z wyścigu i ostatecznie padło na jednorożce. Uwielbiam je :) (podszewkę kupiłam ok. 2 lata temu w Outlecie Tkanin na Czerniakowskiej w Warszawie)

Po zszyciu mocno rozważałam przytaliowanie całości, chociażby na szwach bocznych i tym środkowym na tyle. Ale sie powstrzymałam. Pewnie taliowana wyglądała by korzystniej, ale ten efekt oversize ma w sobie jakiś taki element fajności, że zostawiłam, jak jest. A Wy ja myślicie?

No i nauczka na przyszłość. Jedynymi podklejonymi elementami są odszycia i kołnierz. I bardzo żałuję, że nie zrobiłam tego na dolnej części przodów i tyłów. Wtedy dół wyglądałby dużo lepiej. I tak chyba myślę, że jeszcze rozpruję i poprawię dół. Miałam nadzieję, że porządne prasowanie załatwi sprawę, ale ma się to nijak do tego, jak pięknie prezentowało się to w podklejonej "po bożemu" marynarce z poprzedniego wpisu. Wystarczy pasek ok. 10 cm flizeliny na dole, wtedy dół jest pięknie obciążony i ustabilizowany i wygląda po prostu porządniej.

Podsumowanie:


Wykrój: Szycie 5/2017, #25
Rozmiar: 42
Materiał: tkanina kostiumowa z AleTkaniny, podszewka ze starych zapasów z outlettkanin.pl
Użyte maszyny: Elna 2800

Stylizacja


Kamizela - uszyłam sama
Koszula - Simple
Spodnie - Diverse
Naszyjniki - nie pamiętam :)
Buty - Girlhood
Pasek - Lee
Torebka - Guess

Co zrobić z życiem, czyli czy przekucie pasji w biznes jest dla mnie?


A teraz druga część wpisu. O tym, skąd u mnie taka nieobecność ostatnio. I po co mi nagle tyle eleganckich ciuchów. I jak to się stało, że jestem tu, gdzie jestem.

Jak wiecie, ok. 2 lata temu zostawiłam pracę, zapakowałam siebie, rodzinę, chałupę i przeprowadziłam się do Norwegii. Czyli do kraju mojego małżonka. Jako wielka fanka zmian wszelakich, byłam nieziemsko podekscytowana wszystkimi możliwościami, które się przede mną mogły otworzyć. I nieziemsko zestresowana (ale to inna historia). Dojście do siebie po przeprowadzce zajęło mi więcej czasu niż się spodziewałam. Ale wiedziałam, że pierwszym i najważniejszym punktem w procesie mojej adaptacji musiała być nauka języka. Bo wiecie, nigdy wcześniej (pomimo męża-Norwega) nie miałam w planach nauki norweskiego. Chcieliśmy mieszkać w Polsce i sprawa wydawała się bezsensownym wysiłkiem. No ale plan się rypnął i trzeba było się za to wziąć. Po niecałym roku od rozpoczęcia nauki zdałam egzamin z języka na przyzwoitym poziomie i mogłam się cieszyć świętym spokojem (taaa, jasne - wtedy się dopiero zaczęło).

Jestem jedną z osób ambitnych i dobrze wykształconych, niekomfortowo czujących się w sytuacji zależności od kogoś. Więc bardzo mnie męczył fakt, że byłam zdana na męża i że nie widziałam, co dalej. Bo niby opcji jest cała masa, ale wypadałoby je zawęzić do ilości dającej się ogarnąć. Od przeprowadzki świtał mi w głowie pomysł połączenia pasji (krawiectwa) z pracą. Cała masa motywujących w tym kierunku profili i grup na Fb nie pozwalała mi o tym zapomnieć. No ale jak krawiectwo, to co? Kursy, własna marka produkcyjna (a jak marka, to z czym), szycie na zamówienie... Znowu mnóstwo opcji. A żadnej tak w 100% nie czułam. Pod kopułą mi parowało, a ja nie mogłam wymyślić niczego, co byłoby MOJE. W międzyczasie zabrałam się za przeglądanie ogłoszeń o pracę. I poczułam, że w sumie przecież moja praca wcześniejsza (IT) sprawiała mi przyjemność. I byłam w tym całkiem nienajgorsza. To był impuls do delikatnego zabrania się za szukanie "zwykłej" pracy. Konieczność pisania aplikacji i rozmawiania na rozmowach po norewsku była niesamowicie stresująca. Ale powtarzałam sobie, że przecież oni wiedzą, że nie jestem stąd i że się staram, więc powinni rozumieć problem. A jak nie rozumieją, to niech mnie lepiej nie zatrudniają, bo i tak się nie dogadamy. A moje doświadczenie i kompetencje powinny się bronić. I tak pracę dostałam. W IT. I sprawia mi ten powrót niesamowitą przyjemność. No i nareszcie mam gdzie nosić te moje bluzki, marynarki i inne ciuchy, które smętnie wisiały w szafie ;)

A dlaczego nie chciałam nawet podjąć się przekuwania pasji w biznes, mimo naprawdę wielu zachęt z tym związanych? Bo pasja to hobby. Które jest mi potrzebne do normalnego funkcjonowania. Bałam się, że w takim układzie zmieni status z "hobby" na "obowiązek". A od obowiązku już niedaleka droga do znielubienia. A bardzo nie chciałam do tego dopuścić. I jak już wspomniałam, po prostu baaaardzo nie byłam przekonana do pomysłu. A w operację pt. "własny biznes" to trzeba wierzyć w 100%.
Podziwiam wszystkich tych, którzy potrafią to połączyć. Ale dla mnie opcja ucieczki od codziennych frustracji do szycia jest bezcenna. Zwłaszcza że mój "normalny" zawód jest naprawdę fajny, więc nie było się o co zabijać.

No i zrobiłam to swoje kółeczko, wracając do punktu wyjścia.

A co mi dały te 2 lata "przerwy"?

  • Przede wszystkim mogłam na spokojnie zastanowić się na tym, kim jestem, co lubię, w czym się sprawdzam i czego właściwie chcę. Bo wcześniej życie mnie niosło samo i nie było czasu na tego typu rozkminy.
  • Poza tym, zwolniłam. Wyszłam z kołowrotku: praca, dzieci, sen, praca, dzieci... na każdym polu z poczuciem "niedosytu". Wykorzystałam czas na bycie dla dzieci. Wszystkie przedstawienia w przedszkolu były moje. I żadne przeziębienie nie było problemem. A specjalne dni "wagarów" były otwartą opcją. Jestem niesamowicie wdzięczna za ten czas, kiedy mogłam się przyjrzeć rozwojowi dziewczynek, zamiast zapitalać z wywieszonym jęzorem. A wiem, że niewielu ma taką możliwość.
  • Mogłam pójść do pracy charytatywnej (do sklepu charytatywnego z używanymi rzeczami). Na początku była to recepta na wyjście do ludzi i podszkolenie języka. Ale ostatecznie stała się wspaniałą zabawą. I wspaniałymi zakupami (ale to przemilczmy :) ). No i poznałam ludzi, z jakimi w normalnych warunkach pewnie bym się nie zetknęła. A teraz, pomimo pracy na pełen etat, chodzę tam czasem pomóc. Więc mam nadzieję nie urwać kontaktu.
Ostatecznie mam wrażenie, że ten czas był w 100% wykorzystany (chociaż składek emerytalnych z tego nie było :) ). I nie żałuję go w ogóle.

A czy Wy też myślicie/myśleliście nad zrobieniem pracy z pasji? I czy odważylibyście się na takie wieloletnie wyłączenie się z życia zawodowego (zakładając, że z finansowego punktu widzenia nie musicie się specjalnie martwić)?


W związku z powyższym, nie obiecuję żadnego większego szaleństwa na blogu w najbliższym czasie. Teraz staram się  Będę szyć (wiadomo!) i będę publikować, ale za częstotliwość nie ręczę. Mam nadzieję, że mi wybaczycie i mimo wszystko będziecie zaglądać :)














NewerStories OlderStories Home